ksiązka

Ja proponuję Andrzejewskiego: “Ciemności kryją ziemię” i “Bramy raju”, tyleż ze względu na treść, co na formę. Ale na to prezydent Duda raczej się nie zdecyduje. A może “Dolinę Issy” Miłosza? Albo “Sny i kamienie” Magdaleny Tulli? Albo “Tworki” Bieńczyka? Te dwa ostatnie to trochę trudniejsza proza, ale, o ile pamiętam, nieco zrytmizowana, co ułatwiłoby jej czytanie. Wiele jest propozycji, z nowszych warto byłoby promować te, na które młodzież nigdy nie załapie się w szkole, bo zawsze będzie przez sto lekcji omawiać “Nad Niemnem” (nie, żebym miała coś przeciwko Orzeszkowej, ale proporcje między literaturą dawniejszą a współczesną w szkołach są dziwne).

estem za utworzeniem listy z utworami zaproponowanym przez “zwykłych obywateli “.
Moglibyśmy też zdać się na propozycje Szacownych Profesorów: J. Bralczyka, J. Miodka, A. Markowskiego,
Moje propozycje:
1. W. Szymborska
2. Z. Herbert
3. Cz. Milosz
4.Jan Twardowski
5 B. Leśmian
5.W. Gombrowicz
6. O. Tokarczuk
7. J. Andrzejewski
8. GHG
9. S. Chwin ( ale czy autor nie miałby nic przeciwko?)
itd. Mamy z czego wybierać . Na początku wódz narodzony wpada w ADHD.i wałęsa się po kraju i za granica jak opętany.Póżniej z wdzięczności wypełnia polecenia mocodawcy w sprawach ważnych dla ogółu.Jak uzmysłowi co widział po walęsowaniu ,wpada w rozterkę i zaczyna kumać jak odczepić się od mocodawcy.I wtedy wyłazi z chłopa charakter.Jaki to się okaże.Wielcy aktorzy z filmu Lalka patrzą na Pinokia z góry .Bo Pinokio to tez lalka rzeżbiona rękami manipulantów

kredyty

Zacząć trzeba od tego, że to nie są kredyty we frankach, to są kredyty DENOMINOWANE do franków. Bank od początku operował tylko i wyłącznie złotówkami, nie pożyczał nigdzie franków żeby wypłacić kredyt i w związku z tym teraz nie musi żadnych franków odkupywać i oddawać Szwajcarom. Kredytobiorca dostał złotówki i w złotówkach kredyt spłaca.

Frank był tylko punktem odniesienia. Opiszę to na przykładzie, to będzie jasne.

Kredytobiorca chciał np. w 2006 roku wziąć 1 mln. zł kredytu, dla uproszczenia rachunków – na ok. 30 lat czyli na 400 rat. Poszedł do banku a ten mu dał wybór:
a) weźmiesz kredyt w złotych, ale oprocentowanie będzie 15% rocznie.
b) możemy kredyt odnieść do franków, czyli denominować, wtedy oprocentowanie będzie 7%. Aktualna cena franka to 2,5 zł, więc wypłacamy ci złotówki ale umawiamy się, że jesteś nam winien równowartość 400.000 CHF. Bierzesz kredyt na 400 rat, więc każda rata kapitałowa to równowartość 1000 CHF, dziś to byłoby 2.500 zł, oczywiście płacisz co miesiąc w złotówkach.

Tu należy pamiętać, że ze względu na niższe oprocentowanie kredytu w CHF bank w przypadku kredytu denominowanego do CHF wymagał mniejszej zdolności kredytowej, wielu kredytobiorców kredytu w złotówkach by nie dostało, więc za dużego wyboru nie mieli.

W obu punktach jest jeszcze oprocentowanie, ale oprocentowanie to zarobek banku, bo bank żeby dać kredyt musi skądś złotówki wziąć – albo z lokat albo pożyczyć w NBP a i to i to kosztuje.

Jeśli ktoś wybrał opcję b), to dalej wszystko zależało od kursu franka. Co miesiąc ma zwrócić bankowi równowartość 1000 CHF a skoro franek do 2008 roku spadał nawet do 2 zł, to rata zamiast 2.500 wynosiła 2.000 i bank “zgrzytał zębami”. A teraz franek jest po 4 zł ale do banku nadal należy co miesiąc wpłacić równowartość 1000 CHF, czyli teraz 4.000 zł. I co tu jest ważne – bank wcale za te 4.000 zł nie musi kupować żadnych franków, cały czas w obrocie są tylko złotówki, franek jest tylko sposobem przeliczania tych złotówek na mniejszą lub większą kwotę ale też złotówek

Gdyby przyjąć dla uproszczenia, że frank “walnął” z 2,5 zł na 4 zł zaraz po udzieleniu kredytu, to znaczyłoby, że kredytobiorca dostał 1 mln. zł a ma oddać równowartość 400.000 CHF * 4zł = 1.600.000 zł. Czyli 600.000 jakby z nieba bankowi spadło. Do tego odsetki, ale odsetki są także przy kredycie czysto złotowym i obecnie odsetki kredytu w złotych są podobne do odsetek w kredycie denominowanym w CHF. Podkreślam – tylko denominowanym, cały czas ani jeden “żywy frank” się tu nie pojawia.

Tak więc to “walnięcie” franka to dla banku okazja zarobienia gigantycznych pieniędzy. Sądzę, że właściciele banków po tym tąpnięciu jeszcze nie wytrzeźwieli, bo tak opijają z radości okazję.

Widać więc, że nawet gdyby nakazać bankom przewalutować kredyty na złotówki po te 2,5, to bank nie zbankrutuje, nadal zarobi na odsetkach, ucieknie mu tylko ten gigantyczny ale nadzwyczajny zysk. Na Węgrzech to zrobiono i banki z tego powodu upadłości nie ogłosiły.

Pojawia się pytanie, czy należy przyjąć, że kredytobiorca wiedział co robi i niech teraz martwi się sam, czy należy mu pomóc. Są tacy, co mówią „chcieli to teraz mają za swoje”, inni mówią „trzeba im pomóc”.

Tu warto sobie uzmysłowić, jak wygląda wizyta kredytobiorcy w banku. Po dwu stronach biurka siedzą
a) kredytobiorca, który jest zwykłym zjadaczem chleba
b) pracownik banku, który jest specjalnie szkolony w tym, jak przedstawiać klientowi ofertę by dał się namówić i wziął kredyt.

To nie była taka w pełni równa „walka”. Bank zawsze jest stroną silniejszą, dysponuje informacjami i analizami których klient mieć nie może.

Propozycja KNF jest kompromisem pomiędzy pozostawieniem spraw samym sobie – wtedy banki zarobią krocie – a nakazem wstecznego anulowania mechanizmu denominacji. Ten kompromis nie jest – moim zdaniem – zły. Bank nadal zarobi dużo, choć nie 600.000, może połowę tego, odsetki dostanie w pełni. Należy przy tym pamiętać, że franek może pójść i na 10 zł – wtedy interwencja będzie już konieczna, więc może lepiej interweniować teraz a nie przy kursie 10 zł. Ten kompromis oznacza, że w sumie frankowicze zapłacą więcej niż gdyby wzięli kredyty od razu w PLN (w pewnym sensie jest to kara za podjęcie ryzyka), ale w sumie kredyty spłacą.